-Nieważne! - fuknęłam i szybko się przebrałam. Wyciągnęłam z walizki przenośny piekarnik i zaczęłam gotować.
-Co robisz? - dziewczyna zajrzała mi przez ramię.
-Robię raz... dwa... jakieś czternaście ciast, a co? - odwróciłam się.
-A na cholerę ci tyle? Myślisz, że cycki ci od tego urosną? - zaśmiała się.
-A gdzie by tam! - krzyknęłam i zajęłam się sobą. Z ciastami poszło mi to w miarę szybko. Wyjęłam jeszcze jedno. Te piętnaste.
-Masz - podałam je nowej koleżance - dobre?
-Dhobrhe - odpowiedziała z zapchaną buzią. Espurr przełożył wszystkie czternaście ciast do wózka i wymaszerowałam z pokoju. Zapukałam w drzwi z numerem pięć. Zero odzewu. Zapukałam jeszcze raz. Dalej nic.
-TOURO OTWIERAJ! - wrzasnęłam. Otworzył mi jakiś starszy pan.
-Panienka musiała mnie z kimś pomylić - powiedział łagodnie. Speszona przeprosiłam i uciekłam innych drzwi. Tym razem trafiłam.
-Co ty tu o tej godzinie robisz? - Touro powiedział sennie.
-Ekhem... - spuściłam wzrok - koszulka Touro, koszulka... - wskazałam na jego klatkę piersiową. Chłopak zamknął drzwi i po chwili wrócił już w bluzie.
-Wchodź - otworzył drzwi szerzej. Wpełzłam z moim wózkiem z ciastami, na których siedział Espurr.
-A więc! - wykrzyknęłam - Espurr czyj swoją powinność! - pokemon zaczął powoli i ostrożnie stawiać siedem ciast obok Touro.
-To są ciasta w podzięce za to, że chciało ci się mnie szukać. A właśnie! I Banette ma nie mieć kary! Kazać jej lubić mnie, to jak kazać mi lubić kawę! Toż to gorzkie i brzydkie! Jak można pić to świństwo? JAK?! .... Och! A te drugie siedem to dla współlokatora i jego pokemonów - wszystko to powiedziałam prawie na bezdechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz