- Ech, nie jestem zły...
Banette otrzepała ogonek z kurzu.
Mało to efektywne, ale jakie wnerwiające...
- Banette też nie... Pamiętasz jeszcze jakieś ataki? Hej, Banette, stój! - rzuciłem się na pacynkę, która zaczynała wykonywac Will-O-Wisp bez mojej wiedzy - to jest za silne na niego!
Za późno...
Gromada ognisto-duchowych kul poleciała na odwróconego tyłem Espurra.
ZAAAABIĆ! - wysyczała Banette, jak w jakimś transie - ZAAABIĆ I ZJEEEEŚĆ JEGO DUSZĘ!
Podleciałem do krztuszącej się kruszyny z osmalonym futerkiem.
- O Boże... - ująłem go w dłonie - Na szczęście żyje... Musisz zabrać go do szpitala, ale to już! Nie wiem co w nią wstąpiło! - chwyciłem Banette w pół skoku na maleństwo - Spadaj! - schowałem ją do pokeballa, w którym się jeszcze szamotała - Pokemonów trenerów nie zabijamy!
Me wyglądała jakby miała się popłakać.
- Al-ale c-co z nim ;-; Gdzie mam go zanieść...
- Chodź. - chwyciłem ją za rękę - Mogłem wybrać Dewgonga...
Okno szpitalne. Oto ono.
- Podejdź do lady i poproś o zaopiekowanie się twoim pokemonem. Jakby co, powiedz że oberwał atakiem duch-ogień. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. - przytuliłem ją - a teraz zmykaj.
Popędziła przodem, a ja usiadłem na ławce w poczekalni.
Co w ciebie do cholery wstąpiło!?
GDZIE TO JEST!?
NIE KRZYCZ!
ALE TO SIĘ DZIEJE W NASZYCH UMYSŁACH!GDZIE ON JEST!?
nie możesz go zabić! To jest jej jedyny pokemon do jasnej ciasnej! Załamałaby się!
OD KIEDY CIĘ OBCHODZĄ INNI!?
...
Właśnie... Od kiedy?
Zasępiłem się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz